piątek, 3 listopada 2017

TO NIESPRAWIEDLIWE...

Długo zastanawiałam się czy napisać tego posta.... blog jest częścią mnie, nie kreuję sztucznego świata w którym wszystko jest koloru pudrowego różu... jeżeli ktoś mnie obserwuje od dłuższego czasu wie, że piszę o tym jakie życie jest na prawdę...
Nie wiem kto czyta mojego bloga, nie wiem czy ktoś z mojego otoczenia czyta to co piszę... nie wiem jak to, ktoś odbierze, ale czuję, że gdzieś muszę to wszystko z siebie wyrzucić.
Moje życie nigdy nie było wesołe, a zawsze na mojej drodze są jakieś wyboje, poważnie ! aktualnie chyba jestem na skraju załamania nerwowego.


Wraz z wrześniem przyszło złe samopoczucie mojej teściowej, pisałam Wam wcześniej o sytuacji, że zaczęła się nagle źle czuć, zabrałam ją do szpitala, zrobili masę badań... a kilka dni temu zapadła pewna brama, której już chyba nie zdołamy podnieść. Po zrobieniu tomografii komputerowej z kontrastem okazało się, że teściowa ma guza na trzustce, 3 tygodnie temu zrobili biopsję, aby się dowiedzieć z czym mamy do czynienia... niestety to nowotwór złośliwy z przerzutami.
 Pisząc to co zdanie się zatrzymuje, bo nie wiem jakich słów użyć, co mam napisać, jak wyrazić to co czuję.
Mieszkam obok domu teściowej - w jednej wsi. Kilka miesięcy mieszkałam u nich w domu, a teściowa pilnowała Olka kilka miesięcy, żebym wróciła do pracy. Od zawsze miałam z nią dużą styczność...
Nikt nie zasługuje na coś takiego, żadna istota na ziemi nie zasługuje na chorobę, która zabiera jej wszystko. Jestem przerażona...
Teściowa zawsze była kobietą, która nigdy nad nikim się nie rozczulała, tym bardziej nad sobą, pracowała równie intensywnie jak teść na gospodarce, wychowała 3 synów, dochowała do końca swoją własną teściową.... nie była wylewna w uczuciach, ale na swój własny sposób zawsze je okazywała, nie roniła łez, ani na pogrzebach, ani na chrzcinach... piszę w czasie przeszłym, bo moja teściowa bardzo się zmieniła... nie dziwi mnie to w ogóle.
Bo jak ja bym zareagowała i się zachowywała, gdybym usłyszałam, że mam złośliwy nowotwór ?
Przechodzą mi ciarki.
Teściowa nigdy nie będzie matką.... a synowa nigdy nie będzie córką.
Ale ta kobieta ma pomimo wielu wad, ma w sobie wiele zalet i wiele mnie też nauczyła, a teraz jestem bezsilna. Kiedy siedzi naprzeciwko mnie przy stole, kiedy na nią patrzę, na oczy, które są coraz smutniejsze, a jej waga tak spada, że zajmuje coraz mniej miejsca.... boję się !
Przeżywałam wiele okropnych chwil związanych z moimi rodzicami, ich choroby i strach przed śmiercią nauczył mnie wiele... ale też spaczył mój charakter... jestem bardzo wrażliwa, rozczulam się, boję się i martwię za dużo - na zapas.
A teraz ta sytuacja, ta okropna sytuacja, którą dotknęło naszą rodzinę.
Mam świadomość tego, że śmierć nie ma taryfy ulgowej, czeka nas wszystkich, ale kiedy przychodzi za wcześnie, mam żal...
Pieprzony rak, który wita do drzwi ludzi tak niewinnych, ludzi, którzy nigdy nie powinni zaznać takiego bólu.
Pomimo tego, że wiem doskonale czym jest rak trzustki, wiem jak bardzo jest poważny, znam wszystkie dolegliwości i choroby teściowej czuję gdzieś w głębi, daleko, że znajdzie się ktoś, kto nam pomoże.
Wydzwoniłam do kilkunastu lekarzy, pisałam maila, informowałam się u znajomych, umówiłam wizyty.... będę próbowała, może ktoś podejmie się wycięcia trzustki, może ktoś nam pomoże.
A kiedy widzę ból i strach w oczach mojego męża.... moja bezsilność, załamuje się.
Ostatni okres w moim życiu nie jest łatwy, ten rok jest ciężki... a kolejne miesiące zapowiadają się jeszcze bardziej cięższe, wystawią mnie znowu na próbę... czy dam radę.
Mój organizm autentycznie zaczyna się sprzeciwiać, stres i nerwy zaczynają walić w głowę, odczuwam ból brzucha, biegunkę, wymioty, ból głowy, niechęć - a wręcz czasami myśli depresyjne na to wszystko, czasami też mam wyrzuty sumienia, że nie jestem zbyt dobrą żoną, mamą... córką ?
Deszcz za oknem mi nie pomaga, nawał obowiązków, ciągłe przeziębienia i gil u syna... choroba teściowej....
Wszystko to jakieś takie niesprawiedliwe, ale podobno tak to już jest, że Bóg wystawia nas na próbę.
Nie wiem jak to wszystko się potoczy, co dalej będzie, wczoraj umówiłam 2 wizyty w Warszawie u chirurga....  tak bardzo się boję.... przeraża mnie to, że mój mąż cierpi, przeraża mnie myślenie o śmierci.... tej zbyt wczesnej i tym cholernym bólu.... Dzisiaj pojechali do lekarza do Łodzi... czy to coś da ? Nie znam odpowiedzi, ale uważam, że nie mamy nic do stracenia, że trzeba się konsultować, rozmawiać, pytać, prosić i próbować.
Nikt nie powiedział, że życie przyniesie nam same cudowne chwile.....:(

4 komentarze:

  1. Jedyne co w tej chwili mogę podpowiedź to Nowenna Pompejańska. Poczytaj trochę świadectwa ludzi, którzy podjęli się jej odmawiania. Mi pomaga w chwilach trudnych, dodaje sił i nadziei. Matka Boska dokonuje cudów tylko trzeba odnaleźć w sobie siły, żeby powierzyć jej swoje życie. Trzymajcie się razem. Po to mamy drugiego człowieka, żeby w chwilach ciężkich dodał nam sił, których nam zwyczajnie po ludzku zaczyna brakować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tej sytuacji na pewno skorzystamy z tej modlitwy. Wiara czyni cuda... dziękuje.

      Usuń
  2. Ty masz dobry kontakt z teściową i spotkała Was taka tragedia...
    Ja z teściową mieszam, ale najchętniej bym stąd uciekła....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy ze swoją teściową nie miałam wspaniałych kontaktów, ale darzyłam ją szacunkiem. Jest mi bardzo przykro, że ta tragedia spotkała właśnie tak bliską mi rodzinę.

      Usuń

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia